Parę miesięcy później zwiedzałem Paryż. Wydałem pół stypendium na trzy butelki Médoc. Potem na szampany. W Toskanii zamiast Krzywej Wieży interesowało mnie tylko zwiedzanie winnic i winotek. Wiedziałem już kto to Parker i że najlepsze wina mogą być naprawdę drogie. Stwierdziłem, że wina włoskie odpowiadają mi o wiele bardziej niż francuskie. Miały to „coś”; były mniej cierpkie, bardziej aromatyczne, intrygujące. Polubiłem wtedy też bardzo słodki tokaj. W Tokaju od słynnego winiarza Istvána Szepsyego po raz pierwszy wysłuchałem wykładu o glebach – że wina z loessu i gliny zupełnie się różnią. Sprawa się komplikowała. Wpadłem jak śliwka w kompot.
Przez lata nauczyłem się degustować i opisywać wina, rozpoznawać różnice pomiędzy nimi, znajdować to najlepsze wśród dwudziestu podobnych. Jednego dnia spróbowałem ponad 200 burgundów (i przeżyłem). Lecz gdy do kieliszka nalewam nowe wino, wciąż odczuwam tamto podniecenie, rozbudzenie zmysłów sprzed lat – wino elektryzuje mnie, fascynuje swoją różnorodnością, tysiącem swoich smaków. Wino składa się w 85% z wody, 14% z alkoholu. Będę Wam opowiadał o pozostałym 1%, który decyduje o całym smaku i o tym, że wino nas zmienia.
